- skopiowano z sieci -
Każdy wyjazd zagraniczny Nawrockiego wygląda tak samo. Najpierw samolot. Potem mikrofon. Na końcu atak. Na Unię. Na rząd. Na państwo, które rzekomo reprezentuje. Trudno to już nazwać krytyką. To regularne okładanie Polski za granicą.
On nie jedzie nic załatwić. Nie jedzie budować pozycji kraju. Nie jedzie bronić interesów Polaków. Jedzie donosić. Jedzie narzekać. Jedzie tłumaczyć obcym, że w Polsce jest źle, nielegalnie i niewłaściwie. Jakby to był jego prywatny konflikt, a nie wspólna sprawa milionów ludzi.
Nie ma jednej inicjatywy, z której Polska coś by miała. Ani jednego konkretu. Zero rozmów o bezpieczeństwie. Zero pieniędzy. Zero wsparcia. Jest tylko jazda po Unii i podważanie legalnego rządu. Publicznie. Głośno. Z satysfakcją.
Od momentu nielegalnego zaprzysiężenia wszystko idzie w jednym kierunku. Osłabianie państwa. Podważanie sojuszy. Rozbijanie zaufania. To nie są błędy. To jest linia. Świadoma i konsekwentna.
Tak wygląda zdrada polskiej racji stanu. Nie w tajnych gabinetach. Na konferencjach prasowych. Nie po cichu. Z podniesioną głową. I z pełną premedytacją.
Polska potrzebuje ludzi, którzy potrafią rozmawiać, a nie krzyczeć. Którzy umieją coś ugrać, a nie tylko się obrażać. Którzy wiedzą, że spory załatwia się w kraju, a nie wynosi na salony.
Nawrocki robi dokładnie odwrotnie. I robi to regularnie. Jeśli ktoś jeszcze udaje, że tego nie widzi, to problem nie jest z Nawrockim. Problem jest z naszą tolerancją dla politycznej demolki państwa.
Piotrek K.









